Fokker D VII

FOKKER D VII
wojna polsko-bolszewicka 1920. 
Roden - skala 1/48  


Model, który chcę dzisiaj opisać, to miniatura niezwykle ciekawego i zasłużonego w lotnictwie polskim samolotu. Mój egzemplarz to replika jednego z wielu polskich Fokkerów, które tworzyły zręby lotnictw odrodzonej Ojczyzny po 1918 roku. Tworzyły i broniły przed przepojonymi komunistycznym fanatyzmem falangami Armii Czerwonej, która "po trupie Polski" chciała przenieść "najwspanialszy ustrój" na teren zrewoltowanych Niemiec i dalej na całą Europę Zachodnią. Gdyby się udało to... broń nas... a raczej ich... Boże! Nas uszczęśliwiali przez blisko 50 lat po II wojnie światowej.

A efekty tego widać boleśnie do dziś. To, że im nie wyszło w 1920 to tylko zasługa naszych dziadów, m.in. pilotów bohaterskiego lotnictwa polskiego!

Historia opisywanego samolotu jest nieco zagmatwana. Dwaj najpoważniejsi autorzy prac o początkach lotnictwa polskiego: Wojciech Sankowski i Janusz Morgała, choć zgodni w opisie losów tego samolotu, całkowicie się różnią co do jego debiutu w lotnictwie wielkopolskim. Obaj autorzy podają inne numery seryjne płatowca: 1611? Lub 7614/18, inną datę przylotu do Poznania: 28 listopada, 22 września lub 17 września 1919r, oraz inną drogę dostawy: zakup przez firmę Czarnecki lub prywatny (?) przelot niemieckiego pilota z Berlina. 

Nie czuję się władny rozstrzygać tych różnic - może chodzić wszak o dwa różne samoloty! Potem już wszystko jest zgodne - samolot późnej produkcji (skąd więc nr 1611?) Fokkera, zapewne z fabryki Pilau (Piła). Przydzielony zostaje do Szkoły Pilotów na Ławicy i staje się osobistą maszyną znanego instruktora tej szkoły por. pil. Adama Haber-Włyńskiego. Przez uczniów zostaje ozdobiony mocno frywolnym wizerunkiem nagiej laleczki BI-BA-BO. Pod koniec listopada samolot otrzymuje polski numer ewidencyjny 503/18. 

Po wyjeździe Haber-Włyńskiego w szeregach Polskiej Wojskowej Misji Zakupów do Francji, na samolocie lata sierż.pil.Antoni Bartkowiak. On to przeprowadza Fokkera do 15 Eskadry Myśliwskiej i z nią wyrusza na front wojny polsko-bolszewickiej. Samolot wykonuje wiele brawurowych lotów bojowych, głównie przeciwko konnicy bolszewickiej.

W czasie walk o Lwów samolot pilotowany tym razem przez por.pil.Józefa Hendricksa ląduje awaryjnie pomiędzy liniami walczących wojsk. Po nieudanych próbach odzyskania go zostaje spalony, a po ustąpieniu bolszewików odnaleziony wrak, zostaje komisyjnie wykreślony z ewidencji lotnictwa.

Model firmy Roden jest bardzo dokładny, ale poważną jego wadą jest niezwykle miękkie i podatne na złamanie tworzywo. To właśnie było przyczyną horroru, który przeżyłem podczas sklejania. Zarówno słupki baldachimu jak i zastrzały podwozia zostały bowiem nieopatrznie złamane. Trzeba więc było zabrać się za ich produkcję od nowa. Na stalowe struny od gitary nakleiłem cienkie paski polistyrenu (po wykonaniu rowków, w które mieściła się struna), a następnie mozolnie obrabiałem te elementy, by nadać im kroplowy profil. W międzyczasie pogubiłem geometrię tych elementów, wiec wykonać musiałem stelaże do ich sklejenia i wklejenia w kadłub. Największemu wrogowi nie życzę takiej zabawy!

Poza tym model sklejał się przyjemnie. Silnik pozostawiłem odkryty 9 tak robiono często w warunkach polowych), odpowiednio go waloryzując i malując - cylindry mają mieć barwę prawie czarną, a nie aluminiową lub stalową, jak podaje większość opisów malowania. Jako, że rodenowski model przedstawiał wczesną wersję zakładów Fokkera - z nielicznymi żaluzjami na bocznych osłonach blach silnika, musiałem te żaluzje w liczbie 14 wykonać samodzielnie (odpowiednio oszlifowane płaskie pręciki o gr.ok.0,5 mm i długości od 3-7mm). Kolejna katorga, ale zakończona sukcesem - nie odróżni się ich od żaluzji w wypraskach późnych Fokkerów. Wnętrze kabiny lekko waloryzowane i pomalowane farba szarą. Kaemy z zestawu, bo nie piszę się na zwijanie tych z blaszek - oczy już nie te. Łoże silnikowe z pełną konstrukcją rurową - szkoda, że niewidoczną po złożeniu. Płoza ogonowa, uchwyt do unoszenia kadłuba i stopień wejściowy wykonane samodzielnie z drucików.

Malowanie i nakładanie lozengi to kilka tygodni (przecież praca zawodowa!) istnej katorgi! Niektóre elementy to małe piwko - kadłub, osłona silnika, statecznik i ster kierunku były chyba przemalowane w Poznaniu. Zastosowałem tu ciemnobrudny kolor zielony, zbliżony do niemieckiego. Męczarnie zaczęły się przy nakładaniu lozengi Techmodu. Cięte na pasy, kładły się na błyszczącym szarym podkładzie nieźle, ale jak się okazało mimo "soli i setów" były podatna na odpryśnięcie. Zdarzyło się to kilka razy i powodowało obok wściekłości i chwilowych rozwodów z modelem konieczność mozolnego uzupełniania tych ubytków. 

Łososiowe paski na żebrach to osobny rozdział galerniczej historii zmagań z tym modelem. Techmodowskie - za szerokie o połowę - ciąłem skalpelem i w końcu nałożyłem, uzupełniając wiecznie urywające się fragmenty. Na tą pracę zużyłem prawie 1,5 arkusza, czyli łączną długość przewidzianą dla ok. 3 samolotów - a przy dzieleniu tego włosa na pół właściwie do 6!!!

Kiedy już zakończyłem tą koszmarną walkę z lozengami i paskami, robota z linkami sterów wydała mi się istną przyjemnością. Ale kolejnym problemem stały się duże, namalowane w miejsce krzyży szachownice. O ile dolne pasowały nieźle (zestaw Techmodu jest do Fokkera z Revella, a więc dla skali ok. 1:42), to górne okazały się i tak za małe. Ale okazały się takimi już po naklejeniu! A więc znowu mozolne doklejanie pasków białych i czerwonych - kilka dni! A potem jeszcze wszystko zniszczyłem zbyt mocno nacierając brudnoszarymi pastelami (realizm !) białe pola. Znowu więc malowanie na biało wszystkiego, co wyszło zbyt szaro! Po wielu zmaganiach z czerwonymi oczami, łzawiącymi od obrabiania mikroskopijnych detali i kalek, drżącymi rękami postawiłem model na półce. I właściwie boję się go dotykać aby czegoś nie oderwać lub nie odkleić. Wypadało by go właściwie zatopić w jakiejś przeźroczystej bryle - wtedy byłby bezpieczny. Ale efekt końcowy jest chyba niezły. Ocenę pozostawiam oglądaczom internetowym i wystawowym. Zgrabny samolocik, ale chyba najbardziej pracochłonny w mojej praktyce modelarskiej. Teraz odpocznę sobie trochę od "patyków" jak mawia Jacek Caliński, a wrócę do nich kiedyś tam .......... lub nigdy!